8 lip 2014

Biliran - wyspa wodospadów

Marzenie i jego realizacja - Biliran
Kasabangan fall Biliran

Jeszcze nie tak dawno wraz z Jhing myśleliśmy nad tym, co by tu zrobić by pojechać na tą słynna wyspę wodospadów, która notabene znajduje się na wyciągnięcie ręki od miejsca gdzie obecnie mieszkamy. To jest właśnie to uczucie, gdy chcemy coś zrobić, tak z całego serca i szukamy sposobności by urzeczywistnić to pragnienie. Tak marzenia się spełniają i o tym chyba nie trzeba za wiele mówić :) Apropo marzeń i mojego podejścia do nich możecie przeczytać w moim wcześniejszym artykule zatytułowanym  " Marzenia, cele - jak je realizować ". Dziś opowiem Wam drodzy o całej kolei niesamowitych zbiegów okoliczności, oraz opowiem Wam co zastaliśmy po dojechaniu na miejsce. 
Biliran to taka średniej wielkości wyspa położona w Leyte, jakieś 120 km od Ormoc. Jest bardzo malownicza, powiem szczerze, już teraz marze by pojechać tam jeszcze raz i spędzić kilka tam dni. Wyspa ta jest znana w okolicy z dwóch rzeczy, jedna to przeogromna liczba wodospadów, bo około 20 lub więcej, druga to wulkan, który jest uznawany za czynny, a ostatni raz eksplodował w 1939 roku. Dzięki niemu na wyspie jest kilka ciepłych źródeł, a raczej gorących, gdyż temperatura wody sięga wrzeniu. Ale po kolei.

Wyjazd cud 

Kilka dni wcześniej sąsiad z pokoju obok zapytał mnie czy nie naprawił bym jego komputera. Jako, że to moje hobby z wielkim uśmiechem zgodziłem się, wiecie drodzy, jeśli chcecie być w tej dziedzinie na topie, potrzebna jest nieustanna praktyka. W kilka chwil uwinąłem się z problemem, a w zamian za tą usługę zaproponowałem sąsiadowi, by pożyczył nam motor na jeden dzień. Tak więc zaczęła się nasza przygoda. Dzień przed wyjazdem, drugi sąsiad przyniósł tablet do naprawy, za który zapłacił nam parę groszy. Jak wspomniałem, zbieg okoliczności pozwolił nam zrealizować nasze małe marzenie o wycieczce. Takim to sposobem wczesnym rankiem w sobotę siedzieliśmy na motorze, zatankowanym do pełna z mapą w ręku i wyznaczoną drogą do pokonania. Chciałbym wam tu wspomnieć po raz kolejny... jeśli macie dusze podróżnika, nic nie stoi na przeszkodzie by realizować się, zawsze zachodzą jakieś dziwne i nie wytłumaczalne zbiegi okoliczności, przychylni ludzie oraz piękna pogoda. Droga na wyspę okazała się bardzo malownicza, piękne góry, dostojne palmy, trzcina cukrowa, oraz niewyobrażalnie duża liczba malowniczych pól ryżowych, serpentyny i masa niespodzianek, jak koniec asfaltu na kilkaset metrów, bądź betonowe płyty tak popękane, że nie dało by rady przejechać szybciej niż tempem spacerkowym. Jadąc bez przerwy przejechaliśmy ten odcinek drogi w dwie godziny. Za ostatnią serpentyną ukazał nam się przepiękny widok, w dole Pacyfik, wielki most, chyba nie muszę dokładnie opisywać, zobaczcie sami na zdjęciach. Zatrzymaliśmy się na środku mostu, by odpocząć, zrobić kilka zdjęć, nacieszyć się tymi pięknymi okolicznościami przyrody. Most trząsł się niezależnie, czy coś po nim jechało. po krótkiej przerwie udaliśmy się w głąb wyspy, w poszukiwaniu miejsca, gdzie mogli byśmy napić się ciepłej kawy oraz coś przekąsić. Ceny na wyspie okazały się miłym zaskoczeniem, wszystko było parę pesos taniej niż w Ormoc, co bardzo zachęcająco nas przywitało. Wypiliśmy kawkę, zjedliśmy ciasteczka i dowiedzieliśmy się gdzie dalej jechać. Po drodze napotkaliśmy na bardzo fajnie wyglądający posterunek policji, który wyglądał jak mała farma, kilka domków bambusowych pokrytych strzechą oraz duży ogród między nimi. Na wyspie nie ma jako tako transportu publicznego, jak w większości miast jak tricycle czy jeepney, za to jest przeogromna liczba rowerów z doczepionymi siedzeniami ( wygląda to jak tricycle, tyle że napędzane siłą mięśni ) oraz Habal-habal - czyli panowie na motorach oferujących podwiezienie gdziekolwiek się chce, na wyspie za często nie małą opłatą. Co zdumiało mnie, wszystkie Habal-habal zostały przerobione i posiadają dach, wygląda to troszkę śmiesznie, ale na wyspie ponoć pada częściej niż gdziekolwiek na Filipinach. 

Kasabangan fall


Droga do pierwszego wodospadu była bardzo malownicza, muszę tu wspomnieć, że Biliran został uznany za suwerenny w 1992 roku, czyli całkiem niedawno ( jest to najmłodsza suwerenna wyspa na Filipinach ) dzięki czemu wygląda pięknie, jakoś te wszystkie pieniądze trafiają w miejsce przeznaczenia, jak naprawy, czy inwestycje. Poza tym przygotowania do fiesty, czyli dodadatkowe dekoracje, przecudne zapachy gotowanych potraw, pieczone świniaki, spowodowały że poczuliśmy się bardzo miło. Gdy dotarliśmy do pierwszego wodospadu, oczom naszym ukazał się małpi mostek, długi na jakieś 300 metrów, czasem dość wysoko zawieszony nad skarpą, na dole natomiast szum wody rozbijanej o skały. Wodospad przepiękny, miejsce na piknik wręcz wymarzone. Można popływać, skoczyć ze skały... po prostu bajka. Spędziliśmy tam kilka miłych chwil i udaliśmy się w poszukiwaniu następnego cudu natury. Wspomnieć należy tutaj, by mieć zawsze przygotowane drobne na opłatę, Filipiny są chyba znane z tego, że przed każdym pięknym miejscem stoi ktoś, kto pobiera symboliczną opłatę za wejście ( średnio 25 pesos od osoby, czasem 15 od miejscowego i 30 od obcokrajowca ) Dobrze jest mieć wyliczoną kwotę, gdyż często nie mają wydać i traci się cenny czas czekając czasem i godzinę na resztę. 

Casiawan fall
Casiawan fall Biliran

Drugi na liście wodospad to Casiawan, położony jakieś 20 min drogi od poprzedniego. Postanowiliśmy, że zrobimy sobie piknik na miejscu. Zakupiliśmy na targu kilka rybek, oraz węgielek. Gdy dotarliśmy na miejsce, zastaliśmy zamkniętą bramkę... Po chwili znalazła się niespodziewanie pani, która pobrała od nas po 25 pesos opłaty, otworzyła bramkę i ... ujrzeliśmy przepiękną dróżkę prowadzącą w dól, dookoła dzika roślinność, piękne kwiaty, w oddali szum wodospadu. Tego się nie spodziewałem, wodospad ten jest bardzo wysoki, masa wody rozbijała się o wielkie kamienie. Chcieliśmy się wykąpać, jednak woda była tak zimna, że zrezygnowaliśmy z tego pomysłu. Rozpaliliśmy palenisko, upiekliśmy rybki, nagraliśmy kilka filmików, nacieszyliśmy się tym spokojem. Przez cały ten czas byliśmy tam sami. Mieliśmy na tym zakończyć naszą wycieczkę, gdyż było już koło godziny 15, a nie wiem czy wiecie, na Filipinach około 18 robi się już szaro a o 19 już jest ciemno. Postanowiliśmy jednak, że skoro jesteśmy w połowie wyspy, pojedziemy inną drogą i to chyba była dobra decyzja. Dowiedzieliśmy się, że jadąc tą drogą natrafimy na ciepłe źródła i następny wodospad. Jak postanowiliśmy tak też zrobiliśmy.

Mainit spring                  

Mainit spring Biliran
Piękna droga jaką jechaliśmy nagle znikła i pozostał jedynie wąski pasek wylanego betonu, też czasami zamieniający się w ubite kamienie otoczone czerwonym błotem. Dookoła nas pola ryżowe, a za nimi wysokie góry, okrążone czarnymi chmurami. Coś pięknego. Ludzie pracujący na polach, jasnozielone młodziutkie roślinki ryżu, zamoczone w wodzie, w której odbijał się widok gór... musicie to sami zobaczyć, nie da się opisać tak przepięknego widoku, nie da się opisać tych uczuć jakie narastały we mnie. Do Hemingway'a daleko mi jeszcze. Gdy dotarliśmy na miejsce poczuć można było z daleka ciepłe powietrze, oraz szum wody rozpryskującej się o kamienie. Pierwszy raz widzieliśmy coś tak fantastycznego, źródełko gorącej wody, śmialiśmy się, że brakuje nam tylko kubka i kawy :) woda była tak gorąca. Po kilku chwilach udaliśmy się do wodospadu, który oddalony jest około kilometra od źródełka. Trzeba pamiętać na Filipinach, brak drogi nie oznacza, że dalej nic nie ma. Czasem po prostu brakuje środków na jej wybudowanie :) 

Droga powrotna

I tu właściwie zaczęła się przygoda. Nie powiem, że padało, to nie był deszcz, to była ulewa jakiej dawno nie widziałem, urwanie chmury. Grzmoty, silny wiatr, deszcz... tak wyglądała nasza droga powrotna. Co jakiś czas zatrzymywaliśmy się by odpocząć i rozprostować kości, gdy deszcz był nie do pokonania. W jednym miejscu zatrzymaliśmy się by napić się czegoś gorącego. Po 6 godzinach jazdy w takich warunkach dotarliśmy do domu. Następnego dnia nie mogliśmy wstać z łóżka. Dłonie nasze wyglądały jak by trzymane były w wodzie przez kilka godzin, pomarszczone, sine :) 
Niezapomniana przygoda, niezapomniane krajobrazy, przepiękne wspomnienia ... i to wszystko za dwie przysługi ... :)

Słowo na koniec


Drodzy czytelnicy, chciałbym się jeszcze podzielić z wami swoją opinią na jeden temat. Wyobraźcie sobie, że właśnie przejechaliście wiele kilometrów drogi, czasem z innego kraju, poświęciliście na to swoje oszczędności, swój czas i zaangażowaliście wszystkie sposobności by tam właśnie się znaleźć. To spełnienie waszego marzenia, by zobaczyć ten przepiękny cud natury. Z daleka już dostrzegacie, już wasz entuzjazm kipi, cieszycie się, skaczecie z radości i gdy jesteście już na miejscu wasze serce z radości chce wyskoczyć z klatki piersiowej ... i .... no i właśnie ... śmietnik dookoła, papiery, puste opakowania, złotka po cukierkach, chrupkach i co tylko można znaleźć na wysypisku śmieci ... Ludzie kochani ... tak mało zostało tak pięknych miejsc na świecie, tak mało jest tych nie naruszonych, tych naturalnych, nie upiększanych przez człowieka. Uszanujmy Matkę Naturę !!! Nie pozostawiajmy po sobie śmietnika, ta pusta butelka jest lżejsza od tej pełnej przyniesionej ze sobą, puste opakowanie po chrupkach jest też lżejsze, zajmuje też mniej miejsca ... czy tak ciężko jest zabrać to ze sobą i pozostawić w miejscu do tego przeznaczonym ? Co pozostawicie po sobie innym pokoleniom ? Czy chcecie by znali tylko te miejsca z telewizji ? bo dawno zniknęły ? utopione w stercie śmieci ? 
Pozostawiam to każdemu do przemyślenia ... 
Dziękuję wam kochani za przeczytanie tego artykułu, zachęcam do napisania komentarza, może macie jakieś sługestie, pytania, może chcielibyście się podzielić swoją przygodą ? 

Na koniec kilka zdjęć :)










Brak komentarzy:

Prześlij komentarz