27 gru 2014

Filipiny - rajem na Ziemi ?

Tu w tym artykule postaram się przedstawić swój punkt widzenia i opiszę swoje doświadczenie jakie wywarł na mnie raj na ziemi
Rajskie życie na Filipinach

Raj na ziemi ? Dlaczego ?

 

Pewnie nie raz się zastanawialiście co takiego jest w tych Filipinach, że wielu co tu przyjechało chce i pragnie zostać na stałe. W tym artykule postaram się przedstawić mój punkt widzenia na te rajskie wyspy, przepiękne krajobrazy oraz na kulturę tutejszej ludności. Uzbrojeni w cierpliwość ? Można zaczynać ? a więc zaczynam :)

Filipiny - pierwsze wrażenie



Na Filipiny dotarłem po zwiedzeniu przepięknego Hong Kongu, więc lekkie pojęcie o Azji miałem, jednak na pierwsze wrażenie padła Manila, a tam bieda, smród i ubóstwo. Tak, to moje właśnie wrażenie z pobytu w tym mieście. Manila jest stolicą, a co za tym idzie, wiele ludzi z prowincji i małych wiosek jedzie tam by spełnić swoje marzenia i po stracie wszystkiego co mieli nie stać ich na powrót i żyją na ulicy wraz z małymi dziećmi. Wybaczcie, zdjęć nie będę umieszczał, bo chcę ten post pozostawić w pozytywnym nastroju. Tak, Manila to miasto przeludnione, brudne i nie zbyt bezpieczne. Drugiego dnia został mi skradziony telefon, wyrwany z ręki. Owszem, jeśli ktoś się chce dobrze pobawić i ma dużo kasy Manila może być dla niego piękna...
Ja pozostanę przy opinii Filipińczyków, jeśli nie potrzebujesz przebywać w tym mieście po prostu go omiń wielkim łukiem. Po Manili wywędrowałem do takiego miasteczka, które słynie jak Pattaya w Tajlandii. Tam wrażeń nie było. Jak widziałem tych amerykanów emerytów z przepięknymi młodymi dziewczynami, które podtrzymywały ich by mogli iść bez laski, to mi się scyzoryk w kieszeni otwierał. Nie jestem z Kielc, ale ten widok jakoś nie napawał mnie radością. Miasto Angeles już było czystsze, nastawione na turystów i tylko z tego głównie utrzymywane. Wszędzie kluby i coś do zjedzenia. Spacer nocny pokazywał troszkę inne życie miejscowych, którzy również spali na ulicach, zbierali śmieci oraz żebrali by przeżyć. Taki widok pamiętam pary, starszych ludzi, tak na oko grubo po siedemdziesiątce, którzy trzymając się za rękę a raczej prowadząc się wzajemnie spacerowali od śmietnika do śmietnika w poszukiwaniu za czymś do zjedzenia. Także te pierwsze wrażenia nie były zbyt przyjemne. Następnie udaliśmy się do Cebu. Tam dalej podążając atmosferą nie było nic lepszego. Damianowi skradziono telefon, który cudem udało mu się odzyskać uszczuplając swój portfel, ja jakoś nie miałem zbytniej ochoty poznawania tego miasta. Długi spacer by przedłużyć wizę, i powrót do hotelu. Tak po kilku dniach męczarni wybraliśmy się do wyspy naszych marzeń Siquijor.

Dziewicze wyspy raju


Tak, tu mogę spokojnie powiedzieć, że zobaczyłem Filipiny od tej normalnej strony. Pierwsze wrażenie, aż ciężko słowami ubrać te przepiękne widoki. To tak jak by wszystkie marzenia o raju, wszystkie wyobrażenia stanęły się rzeczywistością. Przepiękna plaża, uśmiechnięci ludzie, zainteresowani wymianą spojrzeń, uprzejmi. Owszem jako ktoś, kto jest biały i przyjeżdża do obcego kraju nie znając lokalnego języka, to musi wziąć pod uwagę, że trzeba trochę więcej zapłacić za wszystko, a szczególnie za transport. Po kilku dniach jednak dowiedziałem się ile co kosztuje, a takim co chcieli naciągnąć informowałem o standardowej stawce za podwiezienie. Ale nie o tym teraz chciałem się z wami podzielić. Teraz opowiem wam o takim wspaniałym resorcie, do którego dotarliśmy, a mieści się nad samą piaszczystą plażą, z przepięknym zachodem słońca. Nie raz już o nim wspominałem i jeszcze często o nim będę pisał. J J Backpackers, to resort położony w Sun Juan. Jak na pierwsze wrażenie powiedział bym - idealny. Owszem są piękniejsze, ale tu przemawiała cena i jakość. Przemiła obsługa, właściciele. To o czym zawsze marzyłem, by siąść sobie na plaży, przy szumie fal i lekkim cieniu poczytać swoją ulubioną książkę, zapomnieć o stresie i cieszyć się chwilą spędzoną na łonie natury w przepięknych okolicznościach przyrody. Smak świeżo parzonej kawy, rytm cichutkiej muzyki i te niesamowite, zapierające dech w piersiach widoki. Nie da się tego chyba słowami opisać, tu przydał by się Hemingway, lub obecność osobista. Wyobraźcie sobie, wstajecie rano, czujecie ciepły podmuch wiaterku, słyszycie szum morza. Wychodzicie na zewnątrz i macie do pokonania kilka kroków by zanurzyć się w ciepłej wodzie, klarownej. Zamawiacie owoce na śniadanie, które jeszcze chwil kilka temu zostały zerwane z drzew. Delektujecie się kawką, zasiadacie do napisania nowego artykułu. Czy to nie raj na ziemi ? 
Teraz zabiorę was troszkę w inne miejsce. Dziewicza wyspa pełna jest dziewiczych miejsc, a właśnie to powoduje, że w kilka dni zakochujecie się w tym kraju. Z miejsca zapominacie o tych wszystkich złych doświadczeniach, a waszą całkowitą uwagę zwracacie na przyjmowanie i napawanie się tym co najlepsze i najpiękniejsze ma do zaoferowania ta rajska wyspa. Poznajecie nowych ludzi, rozmawiacie. Jest prosto, bo każdy prawie Filipińczyk posługuje się językiem angielskim na tyle, by podtrzymać interesującą rozmowę. A jest o czym rozmawiać, bo przecież jedyne co pozostaje Ci w głowie to ostatni najpiękniejszy widok, jaki zobaczyłeś chwilkę temu i już nie wiesz z kim się tym podzielić. Czujesz się wypoczęty, po mimo długiej podróży, zapominasz o wszystkim co stresowało Cię, lub powinno Cię stresować. To coś niezwykłego zobaczyć jeszcze takie miejsca, gdzie ta symbioza człowieka z przyrodą jest tak widoczna i tak zachowana. Poznajecie co chwilę nowych uśmiechniętych ludzi, rozmawiacie i nie odczuwacie nic innego poza radością i zadowoleniem. Nie możecie się nadziwić i wyjść z podziwu, jak wcześniej nie było wam dane tu się znaleźć. Zaczynacie poznawać wyspę, wypożyczacie motor i jeździcie z miejsca w miejsce, które jedno po drugim odbiera wam dech w piersiach. To wodospad, to szczyt góry, to zabytek, to jakaś przepiękna polana, to las, to kawałek dżungli. Każde z nich widzisz po raz pierwszy w życiu, to co widziałeś na zdjęciach bądź w telewizji niczym jest w porównaniu do tego co właśnie doświadczasz. Zostajesz zaproszony na lokalne uroczystości, tu poznajesz kulturę lokalnych ludzi. Wyobraź sobie taką fiestę, gdzie idziesz z domu do domu, a tam syto zastawione stoły uginające się od jedzenia i picia. Tak odwiedzasz dwa lub trzy, po czym zastanawiasz się czy dasz radę choć troszkę jeszcze zjeść z następnego domu. Ludzie wszędzie weseli, tańczą, śpiewają. Słyszysz przepiękne głosy, karaoke to część kultury filipińskiej i z podziwu nie możesz wyjść ile tu utalentowanych ludzi mieszka. Pewnego dnia wybierasz się w miejsca bardziej oddalone od miast. Idziesz w góry, tam spostrzegasz wioski, które funkcjonują jeszcze bez prądu, bieżącej wody. Widzisz przepiękne dziewczyny kąpiące się w strumykach, bądź źródłach. Masz wrażenie, że czas tu stanął w miejscu. Siadasz na kamyku i zastanawiasz się, jak to życie tu różni się od tego, w którym wyrosłeś. Masz wrażenie, że tu nie ma stresu, zresztą sam zapomniałeś o tym co stresowało Cię jeszcze kilka dni temu. W kilka chwil utożsamiasz się z tym rytmem życia, a każdą myśl o powrocie do tych centr aglomeracji miejskich w Europie odsuwasz na później, na wieczne nigdy. Przyszedł czas na ognisko na plaży. Jest gitara, jest ktoś kto śpiewa, są świeżo złowione ryby, które się pieką w żarze, jest szum morza, są gwiazdy na niebie i tu z podziwu nie możesz wyjść, bo nigdy wcześniej nie widziałeś tylu gwiazd na niebie, patrzysz i nie możesz wyjść z podziwu, próbujesz przypomnieć sobie podobne widoki i nic nie może się przyrównać. Słyszysz i obserwujesz jak wszyscy się świetnie bawią. Śpiewają i tańczą... sam zaczynasz wchłaniać się w tą radość, zaczynasz śpiewać, choć cały czas bałeś się tego robić, bo przecież nie masz najlepszego głosu. Tańczysz, choć to zawsze był Twój kompleks. Takim to sposobem zostajesz uleczony ze swoich kompleksów, tak jeden po drugim, dzień za dniem. Słyszysz najprzeróżniejsze komplementy, a przecież nie jesteś przyzwyczajony do słuchania ich, tak naprawdę to komplementy w Europie mówi się rzadko. Tu słyszysz od dziewczyn zapatrzonych w Ciebie, które z podziwu nie mogą wyjść jaki to masz przepiękny nos, jakie masz cudne oczy. Mija czas, z nim zapominasz o doczesnym życiu w cywilizowanym kraju z którego pochodzisz. Nawet nie chcesz myśleć o tych terminach, o tym stresie, o tym wszystkim co każdą minutą przytłacza Cię. Przecież mieszkasz chwilowo w raju. Nigdzie wcześniej nie czułeś się tak dobrze.

Mógłbym tak pisać i opisywać bez końca, ale do puki sam nie podejmiesz  decyzji o przekonaniu się na własnej skórze, jak tu faktycznie jest, moje pisanie będzie jak program Cejrowskiego.
Tak zwykło się mówić, że Azja to kraje trzeciego świata, ja powiedział bym coś od siebie. Może pod względem technologii owszem Azji troszkę brakuje, choć jak wiecie większość sprzętu jest produkowana w Azji. Jest jednak coś co nie daje mi spokoju, a szczególnie teraz, gdy jestem w Anglii. Europa może się jeszcze wiele nauczyć i daleko ma do tego, by nauczyć się człowieka traktować z szacunkiem, należnym mu. Bez oceny i szufladkowania. Akceptacji każdego kim jest.

Pozdrawiam was drodzy czytelnicy bardzo serdecznie. Podzielcie się swoimi wrażeniami z tych rajskich wysp, jeśli udało się wam już tu być.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz